-2.2 C
Szklarska Poręba
czwartek, 9 grudnia, 2021

Hanna Greń

Dziś prezentujemy Hannę Greń, autorkę kryminałów, uczestniczkę spotkania w Esplanadzie o prawdzie i fikcji w powieściach. Podczas spaceru na Szklarkę oko jej błysnęło na widok grupy skał. Stwierdziła, że to dobre miejsce na wypadek… a może nie wypadek? W książce, nad którą obecnie pracuje, limit trupów został już wyczerpany, ale być może w kolejnej?

 

 

Hanna Greń – z wykształcenia ekonomistka, całe zawodowe życie związała z księgowością. Przez pierwsze osiemnaście lat mieszkała wśród wiślańskich gór, później przeprowadziła się do Bielska-Białej, gdzie mieszka do dziś. Uwielbia zbieranie grzybów i haft krzyżykowy.
Zadebiutowała w 2014 roku i wydała dotychczas dziewięć książek będących kompilacją kryminału i powieści obyczajowej, składających się na trzy powieściowe serie.

 

Cykl „W Trójkącie Beskidzkim”:
1. Uśpione królowe (wydana po raz pierwszy pod tytułem Cień Sprzedawcy Snów)
2. Cynamonowe dziewczyny
3. Otulone ciemnością
4. Wilcze kobiety
5. Popielate laleczki

Dylogia „Polowanie na Pliszkę”:
1. Jak kamień w wodę
2. Światełko w tunelu

Cykl „Śmiertelne wyliczanki”:
1. Mam chusteczkę haftowaną
2. Chodzi lisek koło drogi.

 

Efektem krótkiego romansu z literaturą obyczajową jest opowiadanie „Prezent na Dzień Babci”, wchodzącego w skład antologii „Wszystkie barwy roku”. Druga przygoda z „obyczajem” zaowocowała niewydaną jeszcze powieścią „Północna zmiana”, opowiadającą o latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Z tej właśnie powieści pochodzi zamieszczony niżej fragment.

 

Zaraz po świętach obudziło ją łomotanie do drzwi. Na wpół śpiąca zwlokła się z łóżka, pewna, że to sąsiadka czegoś pilnie potrzebuje. Jak to dobrze, że jest niedziela, pomyślała z radością. W nocy czytała do późna i teraz nie wyobrażała sobie, że mogłaby wytrzymać w pracy osiem godzin.
Otworzyła drzwi i zdębiała, ujrzawszy przed sobą mundury moro. Zanim zdążyła wyartykułować pytanie o powody najścia, została niezbyt delikatnie odepchnięta na bok, a trzech stojących na korytarzu mężczyzn władowało się do pokoju. Dwóch młodych, przyodzianych w moro natychmiast podeszło do szafy i jęło wywalać na podłogę jej zawartość, trzeci natomiast, starszy od nich, w stalowym milicyjnym mundurze, zmierzył dziewczynę nieprzychylnym spojrzeniem i wyjął notatnik.
– Inga Teresa Piątkowska, córka Leona i Haliny? – spytał bez większego zainteresowania.
Doskonale wiedział, do kogo przyszli, pytanie zadał tylko pro forma. Musiało tak być, skoro tamci przystąpili do rewizji, zanim jeszcze dziewczyna potwierdziła swoją tożsamość. Nie spytał o nic więcej, widocznie założył, że i tak nie uzyska żadnej odpowiedzi.
Inga dość długo stała niemal bez ruchu, wreszcie poczuła, że ma dość. Rozbolały ją nogi, miała ochotę na kawę i papierosa. Ziewnęła przeraźliwie, tęsknym wzrokiem spoglądając na rozgrzebany tapczan. Ciekawe, jak zareagowaliby, gdybym się położyła? – zastanawiała się przez chwilę, lecz wolała nie kusić losu. Zamiast tego ruszyła w stronę stołu, na co milicjant natychmiast zareagował, obrzucając ją podejrzliwym spojrzeniem, a ręką powędrowała w stronę broni.
– Zapali pan?
Odsunęła krzesło, usiadła z westchnieniem ulgi i wskazała milicjantowi leżącą na stole paczkę klubowych. Po krótkim wahaniu podszedł i poczęstował się papierosem, mruknąwszy pod nosem niezrozumiałe słowa, które Inga zdecydowała się uznać za podziękowanie. Wskazała mu drugie krzesło, a gdy odmówił ruchem głowy, przywołała na twarz nieśmiały uśmiech.
– Może pan spokojnie usiąść, ja naprawdę nie jestem groźna. Ktoś was wpuścił w maliny, nasyłając na mnie. Jestem zwykłą nudną księgową, nie żadną ekstremistką.
Uśmiechnął się, wprawdzie samymi tylko kącikami ust, ale zawsze to lepiej, niżby miał tkwić nad nią z marsową miną. Usiadł na krześle i wypuścił z ust strużkę dymu, po czym spojrzał na dziewczynę z namysłem.
– Należy pani do Solidarności?
– Należę.
Nie zamierzała kłamać w tak oczywistej sprawie, w każdej bowiem chwili mógł to sprawdzić.
– Co pani tam robi?
– W Solidarności? Nic. – Wzruszyła ramionami. – A co miałabym robić? Stanąć przed wejściem do zakładu i się oflagować?
Kąciki ust uniosły się jeszcze wyżej. Nie był to jeszcze uśmiech „pełną gębą”, ale już całkiem przyzwoity.
– Miałem na myśli, czy działa pani w podziemiu?
– Ja? – Zrobiła wielkie oczy. – Mówiłam przecież, że jestem księgową. Czy słyszał pan kiedyś, żeby któraś z księgowych prowadziła ekscytujące, obfitujące w niebezpieczeństwa życie? Chyba tylko wtedy, gdy niechcący wyleje kawę na rejestry.
Celowo uczepiła się stereotypu, przedstawiającego księgowe jako bezpłciowe, nudne do bólu istoty, których sensem życie jest wytykanie innym błędów i nieścisłości. Mogła sobie na to pozwolić – doskonale wiedziała, jak wygląda. Skołtunione włosy, świecąca się po nocy twarz i flanelowa pasiasta piżama, przypominająca więzienny strój, nie mogły w nikim wzbudzić nawet odrobiny zachwytu.
Tamci w moro podeszli do szafki z naczyniami i Inga była już pewna, że zawartość mebla także wyląduje na podłodze, gdy dotrzymujący jej towarzystwa milicjant powstrzymał ich krótkim rozkazem:
– Zostaw to! – Podszedł do szafki, zajrzał do wnętrza i zamknął drzwiczki. Obrzuciwszy pokój uważnym spojrzeniem, zwrócił się do Ingi: – Wygląda na to, że rzeczywiście wprowadzono nas w błąd. Niestety mamy obowiązek reagować. – I znów do podwładnych: – Pochowajcie te rzeczy z powrotem do szafy.
Nie miała pojęcia, czemu zawdzięcza tę uprzejmość. Wiedziała od innych, że rewidujący raczej nie kłopoczą się sprzątaniem po swoim działaniu. Czyżby to dlatego, że potraktowała go jak człowieka? Rzuciła okiem na wywalone z szafy ubrania i podjęła decyzję.
– Nie trzeba, ja posprzątam. Wolę to zrobić po swojemu. Wie pan…
– Wiem. Księgowe to pedantki, jak mówi obiegowa opinia.
Gotowa byłaby przysiąc, że puścił do niej oko, ale to chyba niemożliwe?
– Całkiem możliwe – powiedział kilka dni później Jurek, usłyszawszy o tym incydencie. – To, że ktoś jest milicjantem, nie czyni go automatycznie zwolennikiem partii, rządu czy stanu wojennego. Gdy dostaje rozkaz, musi go wykonać, ale pewnie robi to tak jak ja – od-do i ani odrobiny więcej.
– Chyba masz rację – przyznała Inga po namyśle. Ty też jesteś gliniarzem, ale każdy, kto cię zna, wie, że normalny z ciebie facet. – Uśmiechnęła się Jagielskiego, którego serdecznie polubiła. – Nieraz rzucisz takim hasłem, że aż się dziwię, że jeszcze nie wpiąłeś sobie opornika w klapę – dorzuciła, gładząc własny, wpięty w kołnierz żakietu.
– Nie podpowiadaj mu takich pomysłów – nie na żarty przestraszyła się Lucyna. – Jeszcze gotów naprawdę to zrobić.

 

Poprzedni artykułŚmierdząca sprawa
Następny artykułTak (też) nas widzą
- Reklama -

Skomentuj artykuł

Napisz swój komentarz!
Wpisz tutaj swoje imię

Ostatnie publikacje